O odkryciu inkaskiego kipu na zamku w Niedzicy swego czasu było w Polsce głośno. Historia to dawna i niedawna zarazem. W rodzinie Beneszów przekazywano ją od dwustu lat; w legendę zaczęła jednak obrastać dopiero od 1946 roku. Wówczas to, 31 lipca 1946 roku młody Andrzej Benesz pod bramą wejściową do zamku Zamek w Niedzicygórnego w Niedzicy odnalazł skórzane sznurki z węzłami, zakończone złotymi blaszkami; były na nich napisy: Dunajecz, Vigo, Titicaca. Zacznijmy jednak od początku... 

Sebastian Benesz urodził się w 1698 roku i dożył blisko stu lat. W młodości dom rodzinny na Wołyniu nie dał mu pewnego dachu nad głową: bogata posiadłość została spalona podczas napadu rabunkowego jakiejś bandy, poraniona matka wkrótce zmarła, ojciec – nieobecny podczas napadu – w kilka lat później zaginął bez wieści. Sebastian był wychowywany przez babkę. Z uzyskaniem pełnoletności stał się niespokojnym duchem – przemierzał różne kraje, imał się najrozmaitszych zajęć, a przede wszystkim wojaczki. Podpisywał się podobno Benesz de Berzeviczy, a w dokumentach rodzinnych notuje się jeszcze nabyty tytuł barona de Dondangen. W dojrzałych latach Sebastian zawędrował do Peru i tam się ożenił. Wziął za żonę kobietę, która wywodziła się z dynastii Inków. Córka z tego małżeństwa, o rzadko spotykanym imieniu Umina, które mogło być przezwiskiem, została żoną bliskiego krewnego, bo bratanka przywódcy, który wywołał ostatnie, największe powstanie Indian przeciwko hiszpańskiemu okupantowi. Był nim José Gabriel Condorcanqui y Noguera, który szczycił się tym, że jest potomkiem Inki Tupaca Amaru I.  Dziedzictwo królewskiego rodu upoważniało go do przewodzenia Indianom – podkreślił to przybraniem tytułu Tupac Amaru II. Były to czasy odradzania się w Peru tubylczego języka keczua, nostalgii za krajem sprzed hiszpańskiego podboju – rządzonym przez Inków, czasy pielęgnowania wielu elementów dawnej tradycji.

Powstanie, które wybuchło 4 listopada 1780 r., było krwawe i trwało dwa lata. Zdawało się, że szala przeważy na korzyść Indian, ale tak się nie stało. Jeszcze raz zwyciężyli Hiszpanie. Odwet hiszpańskich władz był bezwzględny, represje w swoim okrucieństwie przewyższały wszystkie poprzednie. Hiszpanie postanowili wyciąć w pień całą rodzinę przywódcy powstania i konsekwentnie wytępić wszystkich, którzy mogliby w przyszłości legitymować się pochodzeniem od inkaskiej szlachty. Sebastian zorientował się w porę, co się dzieje, w 1786 roku zabrał Uminę z jej mężem oraz kilku Indian i zorganizował ucieczkę z Peru do Włoch. Hiszpański wywiad po kilku latach wytropił zbiegów w Wenecji. W 1796 roku ginie zasztyletowany i wrzucony do jednego z kanałów mąż Uminy, jedyny legalny spadkobierca inkaskiej korony i inkaskich skarbów. Wtedy uciekinierzy szybko zmieniają miejsce pobytu, w lutym lub marcu 1796 roku porzucają Wenecję. Sebastian wiedzie ich nad Dunajec do Niedzicy. Chce ich ulokować w zamku zbudowanym w XIV wieku przez Berzeviczych – ma nadzieję odkupić go od obecnych właścicieli, od rodziny Palocsayów. Umina jest wtedy matką kilkumiesięcznego syna – Antonia, urodzonego w Wenecji. Po śmierci ojca on teraz jest spadkobiercą Inków.

Na zamku w Niedzicy, który gościnnie przyjmuje grupę uciekinierów, rozgrywa się kolejny akt dramatu. Hiszpański wywiad – okazuje się – szedł tropem zbiegów. Zamordowana zostaje Umina, natomiast jej synek cudem ocalony. Sebastian, dożywający wówczas swych lat, aby zatrzeć ślady, oddaje małego Antonia rodzinie krewniaków z Moraw – Beneszom, aby przyjęli go za syna. Na niedzickim zamku spisany zostaje testament – dokument adopcji. Dzieje się to 21 czerwca 1797 roku, w dniu największego święta Inków – Święta Słońca. Dokument spisywał proboszcz z Frydmana, bardzo światły człowiek, posiadacz jednej z największych bibliotek w tej części Polski. Sebastian tłumaczy zdania z języka keczua na polski, a proboszcz przekłada je na łacinę. Ten język bowiem obowiązuje w oficjalnych dokumentach i jest zrozumiały na całym świecie. Następnie wykonawca woli, emisariusz Inków, Wacław Benesz, zostaje zaprzysiężony przed krucyfiksem w zamkowej kaplicy, i wtedy kładzie swój podpis pod dokumentem:

      Ja, Wacław Benesz de Berzewiczy, Baro de Dondangen, przysięgam wobec Męki Pańskiej, Prześwietnej Rady Emisariuszy Inków i J. O. Stryga mego Sebastyana, uczynionych dzisiaj uchwał ostatnich Prześwietnej Rady być kuratorem i rzetelnym wychowawcą. W szczególności obliguję się:

Primo: Antonia Inkasa legitime wnuka J. O. Stryga mego Sebastyana, sierotę wiosnę liczącą, dla uchowania go jak i edukacji przystojnej za swego, wraz z małżonką mą przyjąć, takoż do ksiąg wpisać, jakoż nazwisko nasze, tytuł i splendor rodu mu dać, by tem pewniej pochodzenie rzeczonego Antonia zakryć, a od pościgu i prześladowców uchronić. Takoż obliguję się wydać rzeczonego Antonia na każde wezwanie Prześwietnej Rady Inków, albo Dziada Jego J. O. Sebastyana, uczynione mi koncesye sobie, jak przyrzeczono, zachowując.

Secundo: Za obowiązek sobie biorę, gdyby żadne poselstwo rzeczonego Antonia Inkasa nie odebrało, a Ten do swych leciech pełnych szczęśliwie doszedł, wszystko o krwie i pochodzeniu Jego objaśnić, należny Mu testament bez żadnej opieszałości oddać, a wagę testimonium i pieczę nad nim wyłożyć. Szczególnie obliguję się za zamysłem i życzeniem Prześwietnej Rady Antoniowi Inkasowi wiernie wyjawić powierzoną mi w onym jedynie celu tajemnicę Testamentu Inkasów, a konfirmacyi pod dyktat zapisuję. Pierwszej od Inkasa Tupaka Amaru w Titikaka, dalej za sprawę Jego Pradziada pod Wiga zatopionej i ultimo przez Prześwietną radę Emisaryuszy Inków złożonych tu nieużytych sum. I tem w razie dojście do leciech pełnych rzeczonego Antonia tak się obliguję to przedłożyć, by Go częścią tajemnicy, a wielką i słuszną sperandą całość tem łacniej dla testamentu odczytania, a spadku uzyskania do ojczyzny Jego zawieźć. Takoż gdy jechać będzie miał wolę, za obowiązek biorę z pod władzy opiekuńczej uwolnić, do drogi dopomódz, jakoż ją i wskazać i expens przystojny dać, a ostrożność o życia i testamentu bezpieczeństwo zalecić.

Tertio: W razie, co Boże Chroń, śmierć Antonia Testamentu nie naruszać, tajemnicy wiernie dochować, a na poselstwo stosowne czekać.

Quarto: Wolę Prześwietnej Rady szanując, wręczony mi testament jak największą mieć Relikwię, a w pierwszym czasie sposobnym, statim, bez żadnego przetrzymywania, w miejscu z Prześwietną Radą upatrzonem, pod ostatnim stopniem pierwszej bramy górnego zamku, a nie kędyś indziej, manu propria ukryć, tajemnicy jak świętości strzec i nawet Samemu Inkasowi Antoniowi tylko wzwyż wymienionej okazji Jego leciech pełnych zdać, a poszukiwań żadnych na własną rękę nie czynić.

Quinto: Grób Uminy, Sebastyanowej córki a Antonia matki, pod basztą kapliczną w czułej mieć opiece, wystawienie Epitaphium do sposobniejszych dni zachowując.

Sexto: Na czas absencyi Strya mego Sebastyana obliguję się na ostrożnej mieć uwadze, umówiony i przyrzeczony przez Panów Horwathów Paloczyaów w zamian za wypożyczone Im sumy, zwrot ongi bezprawnie rodzinie naszej odebranego gniazda naszego, zamku Dunajecz, któren to zamek my Sebastyan i Wacław Berzewiczem, jako synów nie posiadający, deklarujemy z krwi naszej pochodzącem Inkasowi Antoniowi na azyl bezpieczny, a akademiję uciekinierom i wygnańcom z Jego ziemi i rodu zapisać.

Septimo: Takiż dokument drugi, spisany w lingua kiczua podpisać i takoż dotrzymać, a zawierzony mi egzemplarz z największą troską i ostrożnością, a nie w domu, zachowywać.

Zaprzysiężony wobec wzwyż wymienionych

Anno Domini 1797 Die 21 Juny w kaplicy na

zamku Dunajecz. Wacław Benesz de Berzeviczy

Baro de Dondangen. Manu Propria.

W kilka miesięcy później Sebastian Benesz de Berzeviczy kończy swój żywot w klasztorze Augustianów w Krakowie, dokąd został przewieziony zraniony w wyniku jakiegoś pojedynku.

Dalszy bieg wypadków rozwija się następująco: Wacław Benesz, przybrany ojciec Antonia, zabiera chłopca – jeszcze niemowlę – do Morawskiego Krumlowa, tam - w rok po podpisaniu aktu adopcji - wpisuje go do parafialnych ksiąg metrykalnych jako swego syna. Odtąd Antonio figuruje jako syn Wacława i Anny Benesz Berzeviczy. Przybysze z Peru rozpraszają się gdzieś po świecie i ślad po nich ginie.

Dokumenty rodzinne trafiły do kościoła Świętego Krzyża w Krakowie prawdopodobnie w roku 1828, przeniesione tam z klasztora Augustianów. Przeniesione zostały do Św. Krzyża dlatego, że ówczesnym proboszczem był jakiś krewny rodziny. Krakowski klasztor Augustianów w tym okresie znalazł się bowiem w tak złej sytuacji, iż bardzo niepewny był tam los każdego wcześniej złożonego depozytu. Okupanci nie cackali się z dobrami klasztornymi ani z zakonnikami, austriaccy żołdacy bez skrupułów plądrowali wszystkie pomieszczenia, z kościołem włącznie.

Antonio dorasta na Morawach. Przybrany ojciec w jakimś liście czy też innym zapisku biada, że Antonio tak się przejął Francją i zniemczył, że „o starych dziejach rodu, właściwym nazwisku i tytułach ani słuchać nie chce”. Zgodnie z przykazaniem testamentu po dojściu do pełnoletności dowiedział się jednak o swoim inkaskim pochodzeniu. Nic jednak z tego nie wyniknęło.

Anton Benesz był mistrzem krawieckim jak jego przybrany ojciec. 4 maja 1826 roku zawiera związek małżeński w Brnie. Żeni się z Polką, Barbarą Rubinowską, córką Mikołaja Rubinowskiego (w księgach pisze się on jako Mikulas Rubinovskỳ), grenadiera austriackiego Infanterie-Regimentu Lindenau. W świetle obowiązującego prawa była niepełnoletnia. Dwa lata brakowało, aby mogła sama stanowić o sobie. A zatem rodzice musieli wyrazić zgodę na jej zamęście. Ślub był uroczystością bardzo skromną – świadkami byli kościelni. Ze związku tego rodzą się trzy córki i pięć synów. Pierwsze dziecko, córka Anna Krystyna przyszło na świat w niespełna trzy miesiące po ślubie. Kiedy miała dwadzieścia dwa lata, została żoną niejakiego Ryszanka z Krumlova, a zmarła w roku 1902. W trzy lata po ślubie Anton miał następną córkę, ale żyła zaledwie kilka miesięcy. Syn urodzony po dwu latach zmarł w czternastym miesiącu życia. W rok później urodziła się Antonowi znowu córka, a w trzy lata po niej syn – Ernest (1836). Później byli jeszcze dwaj synowie: jeden zmarł w rok po urodzeniu, drugi nie dożył lat pięciu. Urodził się również syn Wilhelm.

W Brnie Anton Benesz przebywa trzy, może cztery lata. Choruje wtedy jego ojciec, matka i przyszły jeszcze wtedy teść. W krótkich odstępach czasu wszyscy bliscy umierają. Anton przenosi się do Krumlova, gdzie mieszka w domu pod numerem 56, który zbudował Wacław Benesz z funduszy, jakie uzyskał od Sebastiana na solidne urządzenie Antonia.

Anton Benesz w 1832 roku wystąpił z cechu. Nie znamy przyczyny tej decyzji. Być może przeniósł się do Cechu Targowników, którzy płacili mniejsze podatki.

W czterdziestym roku życia umiera żona Antona, Barbara. W szesnaście miesięcy później, gdy – jak brzmi zapisek kancelisty – miał lat pięćdziesiąt, Benesz żeni się powtórnie. Faktycznie był o ponad rok starszy, ale i tak był młodszy od swojej wybranki. Katarzyna Cyrek miała lat pięćdziesiąt cztery i była panną. Wychowywała się jako półsierota, gdy miała rok, matka jej zmarła na cholerę, ojciec prowadził w Krumlovie warsztat stolarski. Bardzo czytelny to mariaż pod każdym względem. Owdowiały w sile wieku mężczyzna, z małymi dziećmi, szybko sięga po pomoc kobiety, która nie potrafiła ułożyć sobie życia.

Anton Benesz umiera 20 marca 1877 roku na cukrzycę, pochowany został 22 marca. Grobu Antona już nie ma. Prochy jego złączone z wszystkimi innymi, złożone zostały w zbiorowej mogile, na skutek likwidacji cmentarza w 1906 roku.

W ten sposób cała historia idzie powoli w zapomnienie, tym bardziej, że Antoni umierając w 1877 roku i przekazując najstarszemu synowi Ernestowi dokumenty i pamiątki rodzinne, nakazuje mu nigdy do tej sprawy nie wracać. Jednak syn Ernest, inżynier nafciarz, zainteresował się jednak swoim rodowodem. Mówi się nawet w rodzinie o jego podróży do Ameryki Południowej, przedsięwziętej w celu odkrycia rodzinnych korzeni. Jego badania przeszłości Beneszów-Berzeviczych napotkały jednak na zdecydowany i skuteczny sprzeciw żony – Niemki.

Syn Ernesta, Janusz, zawodowy wojskowy, nie zajmował się historią rodu. Dopiero Andrzej Benesz, urodzony w 1918 roku syn Janusza, rozpoczął poszukiwania rodowodowe. To on odkrył, że zmiana nazwiska z Berzeviczych na Beneszów dokonała się pod koniec siedemnastego wieku za sprawą Czeszki, Barbary de Krawar, która – chcąc się otrząsnąć z klątwy nękającej rodzinę – porzuciła męża, przeniosła się ze Spiszu do Niemiec i tam zaczęła używać nazwiska Benesz – a później narzuciła je jako przydomek swoim dzieciom.

     Na tor zdecydowanych i skutecznych poszukiwań popchnęło Andrzeja Benesza znamienne zdarzenie, kiedy to w roku 1934 pojawili się w mieszkaniu jego rodziców w Bochni dwaj ludzie, podający się za pełnomocników żyjącej w Peru linii rodziny Benesz-Berzeviczych, i zaproponowali wykupienie wszystkich archiwaliów dotyczących rodziny.

Po poszukiwaniach udało mu się odnaleźć Akt Adopcji. Dokument przechowywany był w okładce jednego z mszałów w kościele Świętego Krzyża w Krakowie, nie figurował więc w żadnym wykazie. Świadkiem odnalezienia dokumentu był ówczesny proboszcz, ksiądz dr Andrzej Mytkowicz (obecnie już nieżyjący). Na przekładzie tego dokumentu postawił swoją pieczęć: Sigillum Ecclesiae Parochial S. Crucis Cracoviae i położył własnoręczny podpis.

Koronnym argumentem przeciwko wiarygodności dokumentu jest analiza filologiczna. pod koniec wieku osiemnastego – dowodzą wrogowie Inków w Niedzicy – nie istniało słowo emisariusz, a w dokumencie mowa jest o „Prześwietnej Radzie Emisaryuszy Inków”. Nie może być to jednak argumentem ostatecznym, gdyż słowo to występuje w tłumaczeniu aktu. Z faktu, że ksiądz Mytkowicz słowa takiego użył, nie wynika, że w oryginale podobnego słowa nie było. Mogło przecież być powiedziane legatus albo missus, lub nuntius. Przekładu dokonano przecież pobieżnie i z grubsza, ponieważ daleko mu do pietyzmu w oddaniu nazw i znaczeń. Ksiądz Mytkiewicz nie miał pewnie czasu (ani powodu) do zastanawiania się nad historycznymi niuansami. Wręcz przeciwnie, księdzu-tłumaczowi głównie chodziło o to, aby treść dokumentu została oddana wiernie i zrozumiale dla jemu współczesnych.

Andrzej Benesz rozpoczął poszukiwania testamentu i skarbu Inków na zamku w Niedzicy. Udało mu się uzyskać zezwolenie na przeprowadzenie prac poszukiwawczych. Po ich zakończeniu, zgodnie z żądaniem Urzędu Wojewódzkiego, złożył oficjalne sprawozdanie:

Bochnia 17/VIII 46.

Sprawozdanie z prac przeprowadzonych na zamku w Niedzicy

dnia 31/ VII 1946

Przeprowadzone dnia 31/VII 46 prace odkrywcze na zamku w Niedzicy były rezultatem odszukania w archiwum Kościoła św. Krzyża w Krakowie dokumentu adopcji ostatniego potomka emigracyjnego linii Inkasów przez rodzinę Benesz-Berzeviczych. Dokument ten, spisany dnia 21 czerwca 1797 r. na zamku w Niedzicy, między innymi określa ściśle miejsce, w którym ukryto, celem zachowania go, najcenniejszy skarb sieroty, będący przynależnym mu spadkiem, testament Inków.

Prace w Niedzicy rozpoczęto od formalnego zawiadomienia o tym i zaproszenia miejscowego Sołtysa, przedstawicieli miejscowej Strażnicy W.O.P. oraz przedstawiciela miejscowego Leśnictwa Spiskiego.

Prace właściwe zaczęto o godz. 11.45. Prowadzili je pod moim kierownictwem szeregowi W.O.P. Rozpoczęliśmy je od stwierdzenia, że ostatni stopień schodów pierwszej bramy górnego zamku (jak określa wspomniany dokument adopcji), będący właściwie progiem tej bramy, jest jednolitym blokiem skalnym, w którym wykuto próg o profilach (poziomych fugach) renesansowych, przechodzący w swej dolnej partii w płytę o surowym obrysie, stanowiącą część podłogi wnętrza wspomnianej bramy. Blok ten wpuszczony w wapnie pomiędzy podstawy renesansowych odrzwi bramy, był co najmniej od stu lat nie naruszony, wnioskując po stanie skruszenia zaprawy wapiennej, którą boki były zalane. Po jego odkopaniu z ziemi i gruzu, przystąpiono do podważania go w kierunku na zewnątrz bramy. Próg leżał na pokładzie z dzikiego kamienia i gruzu. Pierwszy przekop tego podłoża, rozpoczęty od lewej strony do przeciętnej głębokości 30 cm, nie dał rezultatów. Drugi, pogłębiający, rozpoczęty z przeciwnej strony, odsłonił nie zauważony w pierwszej chwili niewielki fragment ciemnego przedmiotu, przypominającego kawałek zmurszałej gałęzi. Dopiero w chwili rozpoczęcia trzeciego pogłębienia zainteresowano się rzekomą gałęzią, która okazała się długą na 18 cm, a na 3,5 cm grubą tubą, jak później stwierdzono ołowianą, na końcach spłaszczoną, pozawijaną i zaklepaną, a później, jak świadczą o tym zakrzepłe krople metalu, jeszcze raz roztopionym metalem oblewaną. Tuba ta była zupełnie sczerniała, miejscami rudawo przeświecająca. Po jej otwarciu (nożem uważnie odkrojono jeden z zaklepanych boków) ukazał się pęk zbutwiałych i jakby skwaśniałych rzemieni, powiązanych w różnorodne węzły. Rzemienie te na swych 12 końcówkach zaopatrzone były w sczerniałe blaszki. Później analiza wykazała, że jest to 13 karatowe złoto. Ogólna waga tych blaszek wynosi ok. 8 g. Było to bez wątpienia pismo kipu. Trzy wyraźnie odznaczające się grupy blaszek odnoszą się najprawdopodobniej do 3 części testamentu, o których wspomina akt adopcji. Dalsze poszukiwania pod progiem nie dały już rezultatów. Prace zakończono założeniem progu na jego pierwotne miejsce, usunięciem śladów robót oraz spisaniem i podpisaniem protokołu przez dziesięciu cały czas obecnych świadków. Protokół uzupełniono pieczęciami Gminy i Strażnicy W.O.P. Prace zakończono o godz. 12,5.

Benesz Andrzej

    Pod dokumentem znajduje się podpis i pieczęć sołtysa Andrzeja Pukańskiego, pieczęć trójkątna Strażnicy 185 Wojsk Ochrony pogranicza i podpisy plutonowego Jana Kotowicza oraz szeregowego Kazimierza Sitnego i Jana Sobkówka, a także leśniczego Stanisława Gołąba. Świadkami byli także przybyli z Krakowa koledzy i koledzy Benesza: Roman i Krystyna Alfawiccy, Krystyna Benesz, Aleksander Bugayski.

     Natychmiast obiegła Polskę wieść: kto rozszyfruje tajemnicę węzełków, będzie wiedział, gdzie ukryto legendarny skarb Inków. Napisy na złotych blaszkach: Dunajecz, Vigo, Titicaca tłumaczono tym, że najprawdopodobniej skarb został podzielony na trzy części i ukryto je w trzech miejscach – w Niedzicy, która dawniej zwała się Dunajecz, w hiszpańskim porcie Vigo oraz gdzieś w jeziorze Titicaca, tam przecież – głosi legenda – narodzili się przodkowie Inków, Manco Capac i Mama Ocllo, i dlatego zapewne zatopiono w wodach andyjskiego jeziora albo zakopano na jednej z wysp złotą spuściznę po imperium Dzieci Słońca...

     Mówi się o klątwie, jaka zawisła nad Testamentem Inków – śmierć dosięga każdego, kto chce wydrzeć tajemnicę Synów Słońca. Pierwsi zginęli wopiści, którzy byli świadkami wydobycia kipu spod progu zamku. Kolejną ofiarą był kustosz niedzickiego zamku, który ponoć wpadł na ślad ukrytego tutaj skarbu – pochłonęły go fale rzeki. Potem, w 1976 roku, była śmierć Andrzeja Benesza. Wieczorem, w wigilię szesnastych urodzin swojego jedynaka, jadł kolację w rodzinnym gronie i zapowiadał, że, jak nakazuje tradycja, następnego dnia przekaże mu tajemnicę od czterech pokoleń przechodzącą w rodzinie z ojca na syna. Następnego dnia zginął na szosie w wypadku samochodowym. Kolejna śmierć pochłonęła dwoje z rodziny Salamonów. Przyjechali z Węgier i zaczęli poszukiwania na niedzickim zamku. Zginęli podczas podróży, w słynnej swego czasu i pamiętnej katastrofie kolejowej pod Piotrkowem, największej, jaka wydarzyła się w Polsce.

Obecnie nie wiadomo, gdzie znajduje się wydobyte spod stopni niedzickiego zamku inkaskie kipu. Sam Benesz stwierdził u konserwatora wojewódzkiego – a świadczy o tym protokół – iż wysłał kipu do Ameryki Południowej dla dokonania odpowiednich studiów. Natomiast wdowa po Andrzeju Beneszu, pani Janina tajemniczo mówi: Mąż nie trzymał tych sznurków w domu, schowane są w górach.  

BIBLIOGRAFIA:

1. Dzikowska Elżbieta: „Limańskie ABC”; Wydawnictwo „Iskry”, Warszawa 1982 r.

2. Rowiński Aleksander: „Pod klątwą kapłanów”; Wydawnictwo „Alfa”, Warszawa 1990 r.

Ostatnia aktualizacja artykułu: 06.06.2001 r.